Maratony MTB Świętokrzyska Liga Rowerowa

Metrobikes.pl Mtbcross Maraton – Bodzentyn

Za nami chyba najbardziej ekstremalny maraton w tegorocznej edycji Metrobikes.pl Mtbcross Maraton. Zapraszamy do przeczytania relacji trzech z siedmiorga (!!!) śmiałków, którzy nie przestraszyli się deszczu.

Marcin

W zasadzie nie wiem co napisać o samej trasie, ponieważ niewiele widziałem. Około 9-10 km dałem sobie spokój z okularami – zupełnie zaparowały. Od tego momentu zabawa polegała głównie na próbach (niekoniecznie udanych) nie wywalenia się i wymrugania błota z oczu.
Co jeszcze zauważyłem? Nie było czasu jeść i pić, ponieważ oderwanie ręki od kierownicy zwykle kończyło się glebą. 2/3 wody w plecaku i pół bidonu nie zostało skonsumowane.
Ciekawostka – master i fan jechali razem i okazało się, że nie zawsze zawodowy master jest szybszy od niezawodowego fana 😀
2 najtrudniejsze odcinki – oczekiwanie na start w deszczu i mycie wszystkiego po zawodach.
Zestaw odzieżowy MTB z kilkuset gram, po nasiąknięciu błotem i wodą ważył 8 kg (nie licząc butów).
Nejlepszy odcinek – ten oznaczony plakatem “Ognia Dziki”.
Wojtek “Czerwony Baron”, Łukasz “Mała Syrenka”, Grzegorz “Nie mam siły”, Łukasz “Koksu”, Monika “Jagoda” i Jarek “Kurier” – dzięki wielkie.
ps… mam nadzieję, że w Ciekotach jednak będzie bezdeszczowo.

Łukasz

Triathlon Bodzentyn.

W końcu oficjalny powrót po kontuzji do ścigania. Buzia cieszyła się na samą myśl, nawet prognozy pogody mi nie przeszkadzały, bo co miało mi przeszkadzać jeśli człowiek przejeździł całą zimę.

W końcu nadeszła niedziela, wstaje, patrzę za okno a tam mokro, pomyślałem będzie wesoło i tak było. Spotykamy się w umówionym miejscu i czekamy z uśmiechem na Start.

Rozgrzewkę pominę, bo jej nie było, świadomość bycia mokrym zwyciężyła.

Wybiła 11:00 i poszli w pole, dosłownie, ściernisko i w górę. Standardowo  czołówka uciekła, ja jak zwykle swoim tempem, delikatnie. A że mój organizm uwielbia taką pogodę więc super mi się jechało. Pierwszy  bufet i się zaczęło, na początku straciłem przedni hamulec, myślę sobie jeszcze mam tył, nie na długo, na dwudziestym kilometrze już było po hamulcach, na szczęście nie były bardzo potrzebne. Denerwowały mnie tylko te podchodzenia, nie lubię wprowadzać, ale co zrobisz. W połowie trasy w lesie wisiał baner,  “OGIEŃ DZIKI, ROWEROWE  ŚWIĘTOKRZYSKIE”, dało mi to mega pozytywnego kopa. Dzięki Tomasz. Jeżdżenie w takich warunkach to niezły FAN, szczególnie po kałużach, wjeżdżasz w jedną, płytko, w drugą płytko, a w trzecią i pół koła w wodzie, taka mała loteria na trasie. Ale co tam, byle do mety. Jeszcze tylko powrót wspomnianym polem, gdzie jakoś ciężko się wjeżdżało, na mecie  Foto i uśmiech że dojechałem cały.

Na mecie czas nie rewelacyjny, miejsce  47 OPEN I 15 w M3.

Dla mnie każdy kto zdecydował się wystartować w tą pogodę jest DZIKIEM!!!

Widzimy się w Ciekotach…

Wojtek

Zaczęło padać już w Sobotę….

…a skończyło w Niedzielę po godzinie 16…

…w “międzyczasie” był maraton…

Maraton w Bodzentynie przejechałem chyba tylko po to żeby w końcu wylądować w pierwszej “setce” kategorii OPEN. Organizatorzy chcieli mi to skutecznie utrudnić łącząc dystans FAN i Master, ale jednak nie udało im się 😉

Już przed samym startem udało mi się odpowiednio namoknąć. Na starcie sami szaleńcy. No bo jak nazwać kogoś kto dobrowolnie godzi się na 3-4 godziny taplania się w błocie z rowerem pod sobą? Start spokojny. Pierwsza łąka, pierwsza gleba. Potem nawrót do Bodzentyna. Co? To już koniec? Niestety nie. Pilot wyścigu postanowił dwa razy przeciągnąć nas przez rynek w Bodzentynie. Pomyłka dzięki, której mimo obiecanego nam przez organizatorów skrócenia trasy, otrzymaliśmy kilometraż zadeklarowany dawno temu, gdy Słoneczko uroczo przygrzewało.

Po pierwszym punkcie kontrolnym i wjeździe do lasu doszedłem do wniosku, że to nie jest maraton, w którym powinienem jechać ryzykownie. Zwyciężył zdrowy rozsądek. Zwyciężyła chęć bezpiecznego dojechania do mety. Dlatego strome zjazdy wolałem pokonać na piechotę. Dlatego każda większa kałuża to hamowanie i spokojna przez nią przeprawa.
O tym jak trasa była dla mnie wymagająca niech świadczy fakt, że z zabranych żeli udało mi się zjeść jeden, ponieważ bałem się zdjąć jedną rękę z kierownicy, aby sięgnąć do tylnej kieszonki po każdy kolejny :).

Ostatecznie udało się dojechać do mety bez strat w ludziach. Sprzęt zniósł to gorzej. Klocki hamulcowe do wymiany. Do wymiany również dźwignia hamulca, w której coś się złamało. Pewnie za bardzo zaciskałem hamulce próbując ratować życie na trasie ;).

 

Galeria zdjęć dzięki uprzejmości Foto IrmaS – www.facebook.com/fotoamri/ oraz Metrobikes.pl Mtbcross Maraton – www.facebook.com/mtbcrossmaraton/