Maratony MTB

Metrobikes.pl Mtbcross Maraton – Żółkiew (Ukraina)

Dzisiaj relacja z pierwszego maratonu poza granicami naszego kraju, w którym brała udział nasza ekipa.

Marcin

Ukraina – Żółkiew, to już była prawdziwa wyprawa. Łukasz “Poka mi tę trasę” Dziadek i Wojciech “Dlaczego ja” Ptasiński wraz ze mną i 3 rowerami, zamknięci w aucie przez wiele godzin… Było przednio – a przynajmniej do granicy, na której Potężny Strażnik Wschodnich Rubieży postanowił, że nie przejedziemy. Muszę przyznać, że krew uderzyła mi do głowy i niewiele brakowało, żebym uwolnił ją w jego kierunku w postaci mowy dźwięcznej i kwiecistej… Jednak świadomość, że jest uzbrojony i, że jakoś musimy tam dotrzeć, pomogła mi zdecydować o skierowaniu się na inne przejście graniczne, gdzie nie napotkaliśmy żadnych problemów.

Po przejechaniu przez granicę okazało się dlaczego – droga nie istniała. Zaczęło się prawdziwe MTB – samochodem. Dziury ze śladami asfaltu między nimi, ludzie jadący w losowych kierunkach, kierowcy nie robiący sobie nic z pierwszeństwa przejazdu – żyć nie umierać – z naciskiem na to drugie.
W końcu dojechaliśmy i wyrzuciliśmy największe w moim życiu małe “co nieco”, po czym pojechaliśmy na objazd trasy.
Zaczęło się niewinnie – ładna pogoda i widoczki – później komplikacje. Począwszy od szukania rozjazdu i właściwego kierunku, z przerwą na salto Wojtka i pełne smutku, niczym Wokulskiego z Izabelą z “Lalki” Prusa – rozstanie, a skończywszy na zgubieniu trasy po zmroku i powrocie bez oświetlenia do hotelu. Mogło być lepiej, ale nie ma co się łamać.
Wreszcie niedziela – wyścig. Ruszyliśmy, dobrze szło, oprócz tego, że ktoś prawie dostał opadającym szlabanem, później pod górkę, szybki zjazd i dalej objechanym w sobotę odcinkiem.
Na łące drogę zaszły mi krowy, następnie na zjeździe chłop zajechał wozem, ale gdy usłyszał jęczące klocki hamulcowe, dość sprawnie zjechał na bok. W ten sposób bezproblemowo dotarłem do końca pętli. Dalej już z pamięci. Nawet zastanawiałem się, czy nie zrobić postoju na kilka fotek szczególnie, że kondycja trochę nierówna z różnych względów*. Jednak postanowiłem walczyć dalej.
I w końcu meta. Miło było zobaczyć dwie znajome polskie twarze tej pierwotnej ukraińskiej ziemii.
Nagrodą była przepyszna świnina zjedzona wspólnie z kolegami, a także masło do łańcucha 😉
Powrót dostarczył już mniej emocji, za to 2.5h czekania na granicy. Miło było zjeść ulubione hot-dogi na polskiej ziemii.
Świetna przygoda, najlepsze towarzystwo i niezły wynik.
*PS. Nie jedzcie bardzo pikantnych rzeczy 2 dni z rzędu, co najmniej tydzień przed zawodami. 🙁

Łukasz

Na ten wyjazd długo czekaliśmy w Stowarzyszeniu, w końcu nadszedł ten dzień. Ostatecznie na wyjazd decydują się trzy osoby: Marcin, Wojciech i moja skromna osoba. Godzina 8:00 i ruszamy, z uśmiechem, w nieznane tereny. Do granicy droga mija szybko. Dojeżdżamy do przejścia i widzimy korek, a że kierowca sprytny, szorstki i niecierpliwy, jedziemy boczkiem, już prawie i … strażnik nas cofnął na koniec kolejki. Więc nie chciało nam się czekać, pojechaliśmy na inne przejście, tam system taki sam tylko że skuteczny.

Mijamy granice Polski, a Ukraina wita nas pięknymi drogami … ta jasne! Jechaliśmy na Mtb rowerowy, a zaczęliśmy od samochodowego. Dojeżdżamy do celu, miasto małe, ale klimatyczne, jeszcze tylko meldunek w hotelu i obiad. Krótki rozruch i czekamy na niedzielę.

Niedziela przywitała nas słońcem, odwieczny dylemat, na długo czy na krótko?, wybraliśmy na krótko i udaliśmy się na start, tam pamiątkowe foto i… powrót do hotelu po długie spodnie i rękawiczki. Takie zimno było, że szok!!! Na starcie niewiele osób, ale respekt pozostał. Postanowiliśmy przejechać na rozgrzewce początek trasy oraz końcówkę. W końcu start!

Start…

Spokojnie do pierwszej góry, która długa była i przyjemna bo leśnym i ubitym szlakiem. Pierwsza grupa szybko uciekła i tyle ich widziałem, ja nauczony żeby nie gonić za wszelką cenę jechałem spokojnie, po pewnym czasie zostałem w trójce i tak minęło pierwsze okrążenie. Drugie kółko już prawie w samotności, na bufecie minięta osoba i tyle było wyprzedzania, cieszy równe tempo i zero kryzysów, patrząc że nie jeździłem cały tydzień przed startem. Dojechałem na dziewiątym miejscu więc jestem zadowolony.

Trasa.

Żółkiew miasto wąwozów, piękna trasa, piękne widoki. Szkoda że tak mało czasu było na robienie zdjęć, szybkie odcinki leśne i długie podjazdy, po prostu miazga! Chętnie tam wrócę jeszcze raz bo warto. Mogą żałować osoby które nie były!, nawet to stanie na granicy przeboleje dla takiej trasy i atmosfery.

Widzimy się na Finale w Pińczowie !

Wojtek

  1. Wyjazd.
  2. Pierwsza nieudana próba przekroczenia granicy.
  3. Druga udana próba przekroczenia granicy, już na innym przejściu.
  4. Ukraińska droga MTB dla samochodów.
  5. Dojazd i zakwaterowanie.
  6. Odebranie numerów startowych.
  7. Obiad.
  8. Rozpoczęcia objazdu trasy.
  9. Pierwsza “gleba”. Delikatna. Jedynie oderwana podeszwa od buta.
  10. Druga “gleba”. Mniej delikatna. Lot przez kierownicę.
  11. Na skutek “gleby” nr 2 brak mleka w oponie.
  12. Powrót “z buta” do hotelu. Luz. Jedynie 4 km.
  13. Dzień startu.
  14. Start.
  15. Pomylona trasa.
  16. Ostatecznie jadę dystans “Hobby”.
  17. Dyskwalifikacja.
  18. Turystyczny przejazd pełnej pętli dystansu “Mega”.
  19. Powrót do hotelu.
  20. Obiad.
  21. Kupowanie pamiątek.
  22. Wieczór pożegnawczy.
  23. Dzień trzeci.
  24. Powrót do domu.
  25. Pierwsza próba przekroczenia granicy. Udana.
  26. Powrót do domu.
  27. Wieczorem gorączka 38C.
  28. Koniec maratonów w tym sezonie.