Maratony MTB Świętokrzyska Liga Rowerowa

ŚLR MTBCross Maraton Chęciny

Stowarzyszenie “Rowerowe Świętokrzyskie” vs. Świętokrzyska Liga Rowerowa

Na wstępie chciałem Was przeprosić, że ta relacja pojawia się tak późno, ale musiałem odzyskać moc po morderczym Maratonie w Chęcinach ;). Trwało to cały tydzień. Dzisiaj jest Niedziela i nareszcie postanowiłem zebrać wrażenia kilku członków Stowarzyszenia “Rowerowe Świętokrzyskie”, którzy debiutowali w maratonach Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej oraz tych, dla których to nie była pierwszyzna i je Wam przedstawić.

Monika

W sumie poza tym, że jechałam sobie asekuracyjnie, nie umiałam tego tłumu wyprzedzać długo na ścieżkach, odwodniłam się bo dowiozłam wodę w kamelbaku, z którego kiepsko szło mi korzystanie, zmulił mnie słodki izotonik i na końcówce chciało mi się wiadomo co 😉 😉😛.

Ale poza tym bardzo podobała mi się ta jeżdżona część trasy 😉.

I cieszę się z wyniku bo jak na kółko dla ścigantów i pieszą wspinaczkę to było całkiem dobrze.

Ale ogólnie było fajnie…ubawiłam się, przeżyłam i nawet cieszyłam się, że jadę….

Grzegorz

Chęciny to kultowa świętokrzyska miejscówka na mapie maratonów MTB. Według mnie najcięższe trasy z całego kalendarza Świętokrzyskiej Ligi Rowerowej, szczególnie długie, twarde podjazdy, strome, techniczne i szybkie zjazdy. Z pozytywnym nastawieniem i świetnymi humorami stawiamy się na starcie dystansu Fan 45 km 1100 m przewyższeń, jako Team Stowarzyszenie „Rowerowe Świętokrzyskie” wśród ponad trzystu startujących na tym dystansie. To nasz debiut w takim składzie. Świetna pogoda tylko zachęca do jazdy. Po wcześniejszym częściowym objeździe trasy ustalamy strategię i cele – do połowy trasy oszczędzamy siły, jedziemy tak aby dojechać w pierwszej setce. Jak na średnio przepracowana zimę cel ambitny.

Tak też zaczynamy z zimną głową, stałe, równe tempo. Do 30 km jest bardzo dobrze. Druga część trasy zdecydowanie trudniejsza, na twardych, wąskich podjazdach wolniejsi zawodnicy mocno nas spowalniają, brak jest możliwości wyprzedzenia. Mozolnie wprowadzamy rowery. 5 km przed metą decyduję się, że podciągnę tempo maksymalnie ile poda noga, wyprzedzam kilku zawodników, na ostatnim podjeździe pod zamek kolejnych dwóch. Szczęśliwie kończę. Niestety cel nie został zrealizowany, 57 miejsce w kat M3, 147 open.

Uważam, że można było ten cel zrealizować tylko popełniliśmy kilka błędów. Po pierwsze zbyt ostrożnie rozpoczęliśmy i dość duża grupa nam odjechała, a wolniejsi skutecznie blokowali i chyba trochę nas te Chęciny wystraszyły. Pozostał niedosyt.

Ale nie wynik jest najważniejszy. Była świetna zabawa, walka ze swoimi słabościami, świetne wymagające trasy, doborowe towarzystwo. Cały nasz Team szczęśliwie dojechał do mety bez żadnych kontuzji i awarii. Świetny debiut naszego Teamu.

Wyciągamy wnioski i z niecierpliwością szykujemy się do kolejnego startu w Daleszycach.

Mała Syrenka

Chęciny…

Nastroje bojowe, bo to w końcu pierwszy start w barwach Stowarzyszenia “Rowerowe Świętokrzyskie”. Początkowo wybrałem dystans Master, niestety po objechaniu trasy nastąpiła szybka weryfikacja. Wszyscy zdecydowaliśmy się na dystans Fan, z perspektywy mety to strzał w dziesiątkę.

Na starcie ciągle sobie powtarzałem: “spokojnie, trzeba szanować siły na drugą część dystansu.”

Początek był ok, nie dawałem się ponieść emocjom i adrenalinie. Spokojna, ale miarę szybką jazda, aż do góry Miedzianki, potem powrócił mój “ukochany” ból pleców, który do mety niestety dawał o sobie znać. Zacisnąłem zęby i jakoś dojechałem do mety.

Trasa?

Bardzo ciekawa i fajna, jednak myślę, że nie na początek sezonu, ciężkie podjazdy, długie i bardzo wymagające, za to zjazdy MEGA. I ta bajeczna pogoda….

Ogólnie występ zaliczam do udanych. Ci którzy mnie znają osobiście wiedzą, że jechałem z lekką kontuzją za to z wielkim sercem do jazdy na rowerze.

Z utęsknieniem czekam na Daleszyce!

Ps. Pamiętajcie, że liczy się udział i dobra zabawa.

Wojtek

W tym roku postanowiłem pojeździć rowerem troszkę w inny sposób. Zrezygnowałem z długich, turystycznych wypraw rowerowych na rzecz maratonów MTB. Stary rower po “małym” doinwestowaniu zmienił się w maszynkę do XC.

Jeśli chodzi o pierwszy start w maratonach to długo nie musiałem wybierać ponieważ w naszym pięknym województwie świętokrzyskim mamy jedną z najbardziej znanych serii maratonów MTB w Polsce. Chodzi oczywiście o Świętokrzyską Ligę Rowerową. Pierwszy maraton z serii w 2017 roku odbywał się w Chęcinach. Do wyboru miałem 3 trasy: Family, Fan i Master. Bez długiego zastanawiania się mój wybór padł na średni dystans, chociaż prawie 1000 m przewyższeń lekkie drżenie w moich łydkach wywoływał 😉 .

Muszę przyznać, że nie mogłem się doczekać debiutu. Praktycznie już tydzień przed startem o niczym innym nie mówiłem tylko o ŚLR. Myślę, że to był ciężki tydzień dla mojej Żony 🙂 .

W Sobotę poprzedzającą start wybraliśmy się do Chęcin celem odebrania numerów startowych oraz aby porozmawiać przy smacznej kawce o naszej taktyce na maraton. Taktyka była prosta: mamy to wygrać!*

Dzień startu.
Na starcie dystansu Fan stawiło się ponad 300 (!) osób. Ustawiliśmy się grzecznie w środku grupy tak żeby dać innym lekkie fory 😉 . Start odbył się na szczęście bez większych przygód. Pierwszy kilometr lub dwa wszyscy przebyliśmy eskortowani przez organizatorów.

Mając niejakie doświadczenie wyniesione ze startów w imprezach biegowych wiedziałem, że najgorsze co mogę zrobić to pozwolić ponieść się tłumowi. Własne tempo to podstawa! Zatem nie przejmowałem się, gdy kolejni zawodnicy wymijali mnie jakbym stał w miejscu. Dodam jeszcze, że w roku 2017 miałem przejechanych gdzieś ze 300 km. więc wiedziałem, że na podium nie mam co liczyć. Wiedziałem, że maraton będzie walką o przeżycie. I jak później się okazało taką walką był.

Ale po kolei.
Tempem spacerującego dzika zacząłem wymijać znajome osoby. Pewnie dlatego, że jeden zakopał się w piachu, a drugi złapał gumę 🙂 . Póki co nic trudnego. Lekkie podjazdy, trochę korzeni, piachu, innych maratończyków. Sielanka skończyła się u podnóża góry Żakowej. To tutaj pierwszy raz musiałem zejść z roweru i podprowadzić pod górę.

Do pierwszego punktu żywieniowego docieram w dobrym humorze. Kubeczek wody, kubeczek izotonika, ciasteczko i gnam dalej. Gdzieś w okolicach góry Miedzianki kibice informują nas, że tu byli tacy co wjeżdżali, a my to tylko podprowadzamy. “Tylko”?! Kurcze tam bez roweru ciężko byłoby wejść, z rowerem – to prawie niemożliwe, wjechać – to jakiś kosmos. Z Miedzianki fajny zjazd. Cisnę na ile mi nerwy pozwalają, ale przede mną zawodnik wykonuje malowniczego fikołka przez kierownicę, oceniłbym na 8/10, i nagle okazuje się, że nerwy od tego momentu zdecydowanie postanawiają ograniczyć moje zjazdowe szaleństwa 😉 .

Odcinek od Miedzianki do drugiego bufetu uważam za najłatwiejszy na całej trasie. Troszkę tutaj odpocząłem, pooglądałem widoki, ale przyznaje, że jedno lub dwa wprowadzanka roweru pod górę też się zdarzyły 😛 .
Drugi bufet. Znowu dwa kubeczki, dwa kawałki banana, jakiś kajmaczek i uzupełnienie bukłaka wodą, bo dwa litry gdzieś się po drodze rozeszło.

Okolice 28 km.

Od tego momentu zaczyna się PIEKŁO!

Coś we mnie pękło. Siły się skończyły. Płuca wzięły wolne. Nogi zastrajkowały. Już każdą kolejną górkę do mety pokonywałem podprowadzając rower. Na wjeżdżanie nie było siły. Dogonił mnie Marcin, który lepiej radził sobie z podprowadzaniem roweru pod górkę i po kilku minutach zniknął mi z oczu. Dogonili mnie wszyscy zawodnicy jadący dystans Master. Dogonili mnie chyba wszyscy zawodnicy z Fana. I chyba to wszystko co pamiętam z tego etapu maratonu. Górki i wyprzedzający mnie zawodnicy. To naprawdę była walka o życie.

Po ciężkiej przeprawie dotarłem po prawie 4,5 h na metę, na której przywitali mnie niezawodni przyjaciele ze Stowarzyszenia. Ci co jechali (szybsi ode mnie o godzinę 😛 ) i Ci co przyjechali kibicować. Dziękuję, że chciało Wam się tyle na mnie czekać!

Czy po tak ciężkim debiucie pojadę w kolejnym maratonie ŚLR? O TAK!!! Daleszyce – nadchodzę! 🙂

*żartowałem 😛

 

 WYNIKI:

Nie byliśmy ostatni w żadnej klasyfikacji 😛