Maratony MTB Świętokrzyska Liga Rowerowa

ŚLR MTBCross Maraton Daleszyce

Marcin
Daleszyce były moim drugim maratonem. Od początku zapowiadało się ciekawie z uwagi na prognozy – deszcz, śnieg, zimno. W końcu to MTB, a nie niedzielny piknik 🙂

Tak, czy inaczej, drużyna zjawiła się w gotowości i dało się wyczuć ogólnie panujący entuzjazm przed startem.

10-9-8…3 i stop 😉 OK czekamy dalej, po krótkiej pauzie …2-1-Start. Tym razem postanowiłem dać więcej z siebie i wyprzedzić ile się da. Różnie z tym było, ponieważ tuż przed lasem Ci, których wyprzedzałem zaczęli mnie mijać, a mnie zapaliła się rezerwa. Cóż człowiek uczy się całe życie. Szybki baton.
Później już było bardziej stabilnie – jeśli chodzi o tempo, bo zdecydowanie nie o podłoże. Wszystko pływało i zalatywało typową leśną zupą i rozkładającymi się szczątkami roślin i zwierząt – nice.
Góra, dół, błoto, góra, dół, błoto… nawet nieźle udawało mi się przepływać obok przewróconych w błocie zawodników, czego sam się nie spodziewałem. Wojtek pewnie skomentuje, że w przepływaniu idzie mi równie dobrze co w podprowadzaniu 😀*

Po dłuższym podjeździe, na którym o dziwo udało się wyminąć zblokowaną grupkę, pojawiła się długa droga w dół. Podszedłem chyba zbyt optymistycznie do prędkości, ponieważ niczym ta ropucha, z radością wyleciałem z roweru prosto w błoto 😉

Szybkie spojrzenie, czy nikt mnie nie rozjeżdża – i dalej w drogę! Jak już wyplułem większość błota – okazało się, że mogę również wypluć kawałek zęba, który ucierpiał podczas upadku :/ Zabawa – to zabawa.

Zaczeło się wyprzedzanie przez Masterów, co mniej więcej dla mnie oznacza 2/3 trasy. Plan – utrzymać pozycję. Aż tu nagle – pojawia się niesamowita okazja wyprzedzić Mastera, który minął mnie wcześniej – mniejsza o to, że stanął się napić 😀 – Jedziemy. Banan na twarz, błoto w zębach, +20 do siły i już tak poszło do końca.

Rewelacyjnie było zobaczyć parę osób ze Stowarzyszenia, którzy przyjechali nam kibicować na mecie. Zmęczenie szybko minęło i czekaliśmy na zakończenie zawodów.

Muszę przyznać, że pomimo zimna, opadów śniegu i upadku – podobało mi się bardziej niż w Chęcinach. Organizacja też była jakaś sprawniejsza.

Dziękuję organizatorom, drużynie i fantastycznym ludkom na mecie.

* W podprowadzaniu jesteś mistrz! O przepływaniu nic nie napiszę bo nie widziałem 😛 – W.

Mała Syrenka

Słynne Dallas!

Po Chęcinach nastroje bojowe, wspólne treningi, ogólnie  bardzo pozytywnie.

W końcu dotarły nasze stroje, które od razu dały nam mega Moc, wyglądaliśmy Pięknie! (+ 10 do wyglądu, +7 do mocy!!!), nowe oponki + 10 do przyczepności.

Kilka dni przed startem jakaś dziwna sonda o możliwym przełożeniu maratonu na inny termin, u nas oczywiście nikt tego nie chciał, zawsze powtarzamy, nie ma wycieczki bez rzeczki…

Jak to? Maraton bez błota? Wody i innych fajnych dzikich zjawisk, które powodują uśmiech  na mojej twarzy? Nie to nie dla mnie. Ja zdecydowanie wolę tryb Hardcorowy .

W końcu Start…

Bomba w górę i ogień, swoim tempem od samego początku, bez zbędnej spiny, zjeżdżamy z asfaltu, pierwsze  błoto, pierwsze kolejki do przejazdu, podjazdu, zjazdu, itp. Błoto, błoto, górka, błoto, zjazd, ale na spokojnie. Pierwszy bufet, w prawą rękę kubek z woda, w lewa rękę inny czerwony napój (jadąc bez trzymania) aż tu nagle trzecia Pani chce mi dać banana, z uśmiechem skomentowałem ze już nie mam gdzie… i dalej swoje, w tym odcinku robiłem pozytywne zmiany z pewną Panią, która gorąco pozdrawiam!!! Nawet śmialiśmy się że to nasz prywatny wyścig.

Trasa piękna, fajne podjazdy, szybkie zjazdy, zdradliwe, śliskie błotniste pułapki, ale przejezdne.

Niebieski szlak super, bardzo fajny zjazd. Później słynny polny podjazd, który stawał się coraz cięższy i stromy. Potem błoto, błoto, błoto. Ostatni odcinek to już na maksa ile zdrowie dało. Przed metą komitet powitalny (dzięki za wsparcie).

Progres jest. Siedemdziesiąte miejsce – czas 2:51:00, trochę mniej zawodników, ale się cieszę. Pamiętajcie, że liczy się sam udział, reszta to wisienka na torcie.

Jak z małej syrenki stajesz się DZIKIEM!!!