Maratony MTB Nieprzyporządkowane Świętokrzyska Liga Rowerowa

ŚLR MTBCross Maraton Miedziana Góra

Kalina

Obawy przed wystartowaniem w maratonie były duże zwłaszcza, że prawie w ogólne nie jeżdżę MTB, nie mam roweru górskiego no i moje zdolności techniczne w terenie są słabe. Ale raz kozie śmierć stwierdziłam, że jeśli nie spróbuję to nie przekonam się jak to jest. Jak na początek wybrałam oczywiście najłatwiejszą wersję maratonu, czyli grupę Family i niestety jako jedyna z naszego stowarzyszenia w niej jechałam. Potęgowało to mój niepokój odnośnie problemów technicznych na trasie jak przebicie dętki czy zerwanie łańcucha, gdyż nie potrafię usprawnić roweru po takich zdarzeniach 🙂

Jednak będąc już na linii startu i po pożegnaniu kolegów jadących na Fani-e powzięłam myśl, że to tylko zabawa i sprawdzenie swoich sił no i przede wszystkim co ma być to będzie nawet jak złapię kapcia to po prostu przyprowadzę ten rower i tyle – nic się nie stanie. Z takim nastawieniem ruszyłam przed siebie. Trasa okazała się bardzo przyjemna i łatwa za wyjątkiem wszechobecnego błota i drobnych potopień. Byłam zaskoczona tym jak sprawnie mi szło a wręcz nawet było mi mało gdy dotarłam na metę. Spodziewałam się bardziej wymagających górek, ale i tak moje nastawienie i podejście do maratonu było całkowicie zabawowe. Nie liczyłam na żadne super wyniki czy osiągnięcia dlatego aż tak bardzo nie irytowały mnie sytuacje blokowania innych uczestników na trasie. Jednak faktycznie osoby, które ewidentnie nie dają sobie rady lub po prostu nie mają siły powinny ustępować osobom, które jadą lepiej, szybciej. W końcu każda minuta ma znaczenie.

Dojechałam z czasem 2h:22m pewnie byłoby szybciej gdyby nie „korki na drodze” ale i tak byłam szczęśliwa że mi się udało. Pełna optymizmu i nowych chęci, że nie taki diabeł straszny jak go malują myślę o wystartowaniu w kolejnych w tym roku maratonach MTB. Serdecznie zachęcam innych (zwłaszcza koleżanki ze stowarzyszenia co by było raźniej) do wzięcia udziału w takich zawodach i potwierdzam, że każdy da radę na Family :-). Na Fana brak mi jeszcze sił ale kto wie może kiedyś się skuszę 🙂

Marcin
Miedziana Góra – bardzo fajna trasa, dużo uczestników i co najważniejsze nasza grupa z liczną reprezentacją.
Od początku – na rozgrzewce zgubiłem banana, co na mojej twarzy wywołało… banana, tylko w drugą stronę. Odnalazłem go, jak zaczął się rajd, ale nie wyglądał zbyt atrakcyjnie. Tak, czy inaczej, do pierwszego bufetu tak szybko zleciało, że nawet zdziwiłem się na jego widok.
Później dużo błota, zblokowane grupki po drodze, które trudno było wyminąć, ale wykorzystałem doświadczenie z Daleszyc, czyli jakoś przepluskałem się bokiem 😉
Zdecydowanie najtrudniejszy kawałek dla mnie.Cały czas miałem nadzieję zobaczyć gdzieś na horyzoncie kolegów ze Stowarzyszenia przede mną, ale widocznie jeszcze muszę ostro potrenować, bo jak zobaczyłem stok w Tumlinie to nadzieja prysła. Nawet nie próbowałem go podjeżdżać. Baton i wchodzimy.

Po drugim bufecie miałem wrażenie deja vu, szczególnie że przez pewien czas byłem sam na trasie i zacząłem się zastanawiać, czy czegoś nie pomyliłem, wszystko wygladało bardzo podobnie. Jednak w końcu okazało się, że dobrze jadę i już jest końcówka.

Na mecie powitały mnie Dziki i Kalina, która do tej pory wzbraniała się przed wszystkim, co związane z błotem. Na szczęście nie miała na twarzy miny: “Nigdy więcej”, czyli było OK. Zachęcam niechętnych do wzięcia udziału – im nas więcej, tym lepiej. Uczestnikom dziękuję za zabawę, a organizatorom – za dobrą robotę.
Czekam z niecierpliwością na następny etap.


Zdjęcia znalezione w odmętach Internetu 😉